Tam na dole

Tam na dole

Dziecko, które mieszkało na nizinie, było zafascynowane linią gór, ciągnących się daleko na horyzoncie.

Niebieskawe, lekkie, zwarte – wydawały się być rajskim miejscem. Tak bardzo różniącym się od surowej i szarej ziemi, na której mieszkało.

Pewnego dnia, gdy już podrosło, uległo wezwaniu horyzontu i postanowiło dojść do tego zaczarowanego miejsca. Podróż trwała długo poprzez niziny i doliny. Człowiek wyczerpany doszedł wreszcie na szczyt góry, ale musiał stwierdzić z głębokim rozczarowaniem, że góry nie były już niebieskawe, ale szare i chaotyczne, kamieniste, jałowe i dzikie. Podobne do miejsca, które opuścił. Jednak na horyzoncie przed nim zarysowywały się inne góry niebieskie, fioletowe, w aureoli złocistego światła. Wtedy człowiek wyruszył w drogę. Potrzeba było wiele czasu, by tam dotrzeć. Również i tam, w miarę jak się zbliżał, niebieskość i fiolety znikały, pozostawiając miejsce szarości skał, płowej barwie wypalonej trawy. Na horyzoncie zaś było niebiesko i różowo. Znowu wyruszył w drogę. Zawsze spotykało go rozczarowanie: gdy docierał, również nowe ziemie okazywały się surowe i wyschnięte. Pewnego dnia, będąc już starcem, widząc że próżne są jego poszukiwania, postanowił powrócić tam, skąd wyruszył.

I oto wszystkie krainy, które pozostawił, wydały mu się niebieskawe, lekkie, zanurzone w zachwycającym, złotym świetle.

«Dzień zaczął się źle i kończył się jeszcze gorzej. Jak zwykle autobus był przepełniony. Podczas gdy popychano mnie na wszystkie strony, mój smutek wzrastał. Nagle usłyszałam głos dobywający się z przedniej części autobusu: „Prawda, że piękny dzień?”.

Z powodu tłoku nie widziałam mężczyzny, ale słyszałam, jak opisywał wiosenny pejzaż, zwracając uwagę na zbliżający się kościół, park, cmentarz, koszary strażackie. Wkrótce wszyscy pasażerowie spoglądali przez okna autobusu. Entuzjazm był tak zaraźliwy, że zaczęłam się uśmiechać po raz pierwszy tego dnia.

Dojechaliśmy do mojego przystanku. Kierując się z trudem ku wyjściu, spojrzałam na naszego „przewodnika”. Był to człowiek dość otyły, o czarnej brodzie, w ciemnych okularach, trzymający białą laskę. Był niewidomy. Wysiadłam z autobusu i nagle całe moje napięcie znikło. Bóg w swej dobroci posłał niewidomego, który pomógł mi przejrzeć: dostrzegłam, że mimo tego iż czasami źle się sprawy układają, choć wszystko wydaje się smutne i ciemne, świat nadal jest piękny. Nucąc biegłam po schodach do mojego mieszkania. Nie mogłam doczekać się chwili, by móc pozdrowić mojego męża słowami: „Piękny dziś dzień, prawda?”».

 

CZY TWÓJ DZIEŃ RÓWNIEŻ NIE JEST W SWEJ ISTOCIE PIĘKNY?

Podziel się

Dodaj komentarz