Nazywam się Tomasz…

Nazywam się Tomasz…

Nazywam się Tomasz L., urodziłem się 6 czerwca 1979 r. W Szczecinie. Od urodzenia mieszkałem przy ulicy Królowej Jadwigi, jest to dzielnica niezbyt ciekawa, zwana „trójkątem bermudzkim”, gdzie mieszka większość ludzi z „półświatka”. Od najmłodszych lat fascynował mnie świat przestępczy, ludzie wysoko postawieni, którzy kręcąc lewe interesy mieli prawie wszystko: pieniądze, poważanie, duże domy, fajne samochody i wiele innych rzeczy, ale nie mieli jednego – ale o tym później.

Ja zawsze zadawałem się ze starszymi, bardziej doświadczonymi kolegami, którzy już wtedy nie jedno przeszli i nie raz siedzieli w więzieniu. W wieku około 14 lat bardzo mi oni imponowali, ponieważ – jak mówiłem – nie pracując mieli wszystko, więc i ja chciałem być taki jak oni. Jako 14 letni chłopak zacząłem swoje tak zwane „wałki”. Kradłem wszystko, zaczynając od radiów samochodowych, po rowery górskie, które były wtedy bardzo drogie. Za parę minut pracy miałem tyle co mój ojciec mógł wówczas zarobić w miesiąc pracując jako blacharz samochodowy. Wtedy zaczęły się moje pierwsze problemy, takie jak kłótnie w domu, ponieważ rodzice byli zdziwieni tym, że mam więcej pieniędzy od nich. Na noc nie przychodziłem do domu, chodziłem w bardzo dobrych ciuchach, po prostu było mnie stać na wszystko. Coraz częściej sięgałem po alkohol i narkotyki. Krótko mówiąc zacząłem się zmieniać nie do poznania. Zacząłem być chamski, opryskliwy. Bardzo schudłem na twarzy i na całym ciele, a było to po mnie widać, bo wcześniej dużo ćwiczyłem na siłowni, grałem w koszykówkę, chodziłem na taj-boksing. Byłem ogólnie mówiąc wysportowanym, dobrze zbudowanym chłopakiem.

W wieku 15 lat pierwszy raz uciekłem z domu, ponieważ nie mogłem wysłuchiwać rodziców, bo uważałem że cały czas się do mnie czepiają. Myślałem ze zazdroszczą mi tego co miałem – ależ byłem głupi. Nie dostrzegałem że oni chcą mi pomóc. Gdy nie mieszkałem w domu, to mieszkałem na początku u kolegi z dzielnicy. Później było mnie stać na wynajęcie mieszkania, z którego mnie po dwóch tygodniach wyrzucili za libacje alkoholowe. Któregoś razu, gdy chciałem ukraść samochód, nie wyszło mi. Wpadłem w ręce policji i pierwszy raz zawieźli mnie na izbę dziecka, gdzie przebywałem trzy dni. Potem matka mnie odebrała bo byłem nieletni i zabrała mnie do domu. Po długiej rozmowie z rodzicami postanowiłem że zostanę w domu i pójdę do szkoły.

Po jakichś trzech latach skończyłem szkołę zawodową w zawodzie takim jak mój ojciec, bo bardzo interesowały mnie samochody i podjąłem pracę w serwisie Renault jako blacharz samochodowy. Zacząłem także znowu ćwiczyć i moje życie powróciło znowu do normy, ale nie na długo.

W wieku 19 lat straciłem tę pracę, ponieważ miałem spięcie z szefem o podwyżkę i niepotrzebnie powiedziałem mu jakim jest człowiekiem. Później pracowałem w kilku innych warsztatach samochodowych, ale w każdym mi nie odpowiadało, bo szefowie wykorzystywali młodych pracowników i płacili im najniższe wynagrodzenie, chociaż robiłem więcej i dokładniej niż inni blacharze ze stażem. Postanowiłem więc zwolnić się z kolejnego warsztatu i poszukać nowej pracy.
Przez około pół roku nie znalazłem żadnej pracy w moim zawodzie, aż w końcu nie wytrzymałem i powróciłem do „lewych” interesów. Zacząłem od handlu narkotykami, oraz powróciłem do kradzieży aut. Krótko mówiąc do wszystkiego co było przedtem.

Po paru miesiącach zacząłem znów się zmieniać, znów chodziłem w dobrych ciuchach, kupiłem sobie samochód i znów dom traktowałem jak hotel. Rodzice ze mną nie wytrzymywali, znów wróciły te awantury co kiedyś. W domu panowała bardzo napięta atmosfera, codziennie były kłótnie, że nie chodzę za pracą, że znów coś kombinuję, ale ja oczywiście mówiłem swoje, że nie ma pracy i że już nie będę legalnie pracował bo niczego się nie dorobię i że legalna praca jest dla frajerów. Każda domowa awantura kończyła się tym że wychodziłem z domu w środku nocy i szedłem do kumpli i dziewczyn u których piłem dużo alkoholu i nieźle ćpałem by zapomnieć o problemach. Któregoś razu zabrakło mi pieniędzy by rozliczyć się z szefem, więc ukradłem ojcu część pieniędzy które miał odłożone na budowę własnego warsztatu. Przez jakiś czas ojciec wcale się nie zorientował że brakuje kasy. Dopiero gdy robił opłaty to się doliczył, po czym wyrzucił mnie z domu. Gdy straciłem mieszkanie to zamieszkałem u kumpla w Szczecinie, który mieszkał w Niemczech i dalej kręciłem „lewe” interesy jak przedtem. Tyle tylko że zacząłem więcej ćpać tego świństwa, a brałem prawie wszystko prócz heroiny bo igieł zawsze się brzydziłem. Przez jakieś pół roku schudłem z 85kg na 60kg. Zacząłem odczuwać bule całego ciała i stawów. Nie mogłem już normalnie funkcjonować. Zacząłem tez być bardzo nerwowy i agresywny. Nienawidziłem wszystkich a najbardziej samego siebie. Byłem w tym wynajętym mieszkaniu zupełnie sam. Wiele razy chciałem porzucić to całe bagno i powrócić do rodziców, ale nie miałem odwagi spojrzeć im w oczy. Z moim zdrowiem było coraz gorzej, coraz częściej miałem zwidy i stany depresyjne z przećpania. Już nie wytrzymywałem tego wszystkiego – chciałem się zabić. Za każdym razem gdy chciałem skoczyć z dachu, czy strzelić sobie w głowę z broni to nie miałem odwagi, nie wiedziałem co zrobić – BYŁEM SAM. Koledzy nie byli już tacy jak dawniej, oni patrzyli tylko żeby się za darmo naćpać i napić, a ja jako człowiek wcale ich nie obchodziłem. Nie wiedziałem co robić.

Któregoś razu gdy oglądałem jakiś film w telewizji i zobaczyłem rodzinę siedzącą przy stole to popłakałem się bardzo.

Brakowało mi rodziny, więc postanowiłem wyjść z tego bagna. Na drugi dzień poszedłem do mojego szefa i powiedziałem mu że kończę z tym. Zwróciłem mu kasę za narkotyki i poszedłem do domu. W domu rodzice mnie nie poznali. Powiedziałem im że mieli rację, że wrąbałem się w narkotyki, że chce skończyć z tym życiem przestępczym i że chcę iść na leczenie. Matka przyjęła mnie ciepło, ale ojciec nie chciał ze mną rozmawiać. Na drugi dzień matka zawiozła mnie do Zdroi do szpitala na odtrucie, a po dwóch tygodniach w szpitalu pojechałem na pół roku do ośrodka monaru w Babigoszczy. Matka co jakiś czas przyjeżdżała do mnie z ciocią na odwiedziny, a ojciec nie chciał mnie znać. Po paru miesiącach wróciłem do zdrowia, znów ważyłem 85kg. Zacząłem chodzić na siłownię i biegałem gdy byłem całkowicie zdrowy. Pewnego dnia zadzwoniła mama i powiedziała że ojciec chce ze mną rozmawiać. Przyjechał do Babigoszczy na święta wielkanocne i powiedział mi że mogę wrócić do domu, że mi wszystko przebacza i chce żebym mu pomógł budować warsztat i będziemy wspólnikami.

Pierwszy raz wtedy powiedział mi że mnie KOCHA – byłem szczęśliwy.

Po paru tygodniach wróciłem do domu jako normalny człowiek i zaczęliśmy budowę i normalne życie. Przez pół roku udało nam się wytrwać bez kłótni, ale później to powróciło. Ojciec cały czas mnie obwiniał jak coś nie wychodziło na budowie i znów zaczęły się kłótnie. Pieniędzy brakowało więc zacząłem pić. Przychodziłem z budowy i szedłem na piwo, a jak się pieniądze skończyły to odbierałem długi od dłużników moich ziomali.
Któregoś razu wypiliśmy z kumplami parę butelek wódki, coś mi odbiło i skroiłem jakiegoś studenta
z karty do bankomatu i przy bankomacie mnie złapali. Niefart co?

Siedzę teraz w Areszcie Śledczym w Szczecinie, za przestępstwo grozi mi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności – nie wiedziałem co robić. Dopiero tu w kryminale zastanowiłem się nad swoim życiem, nad tym jak postępowałem i co robiłem, ile przykrości wyrządziłem rodzicom i innym ludziom, ile życia zmarnowałem przez takie kombinowanie. Siedziałem sam w celi i nie wiedziałem co robić. Rodzice do mnie nie pisali już piąty miesiąc – BYŁEM SAM.

Któregoś razu zauważyłem Stary Testament, leżał gdzieś przykurzony w rogu celi. Wziąłem go  i zacząłem czytać. Czytając go bardzo mnie zainteresował i poruszył jak nic dotąd. Czytając go nie raz się popłakałem, bo wtedy dostrzegałem jakim ja byłem człowiekiem. Zapragnąłem jak nigdy dotąd się zmienić. Nie dlatego że rodzice mi każą, ja chciałem tego sam, chciałem być podobny do Jezusa Chrystusa. Chciałem być dobry, założyć rodzinę, mieć legalna pracę i zacząć żyć jak normalny człowiek. Bo uwierzyłem w to co jest napisane w Piśmie, w to co mówił Chrystus jak był na ziemi. Parę dni później ziomek z sąsiedniej celi powiedział mi że w środę przychodzą do aresztu chrześcijanie z kościoła protestanckiego i głoszą Ewangelię o Chrystusie. Musiałem się z nimi zobaczyć i z nimi porozmawiać – i poszedłem.

Przyszedł wówczas do mnie Andrzej i zapytał mnie czy jestem pewien swojego zbawienia. Ja odpowiedziałem mu że nie jestem pewny, a on odpowiedział że jest i opowiedział mi część swojego świadectwa. A świadectwo jego było podobne do mojego. Też w młodości pił, kradł, siedział  w więzieniu. I po wyjściu nawrócił się, bo zaufał Chrystusowi. Oddał mu swoje życie. On nie żył dla siebie, on żył dla niego i był z tego taki szczęśliwy, jak ja chyba nie byłem nigdy dotąd, mając te dobra materialne przed więzieniem. Ten człowiek przychodził tu do aresztu z ciężkiej pracy, nie jechał do domu, do żony i dzieci, tylko tu do nas, do więźniów, przychodził i głosił nam dobrą nowinę. Wtedy zapytałem się go jak on to zrobił, że dał radę się tak zmienić. On mi powiedział wtedy, że to nie on sam się zmienił, tylko że pomógł mu w tym Jezus Chrystus, w którego uwierzył, a jest w Piśmie napisane „Łaską bowiem zbawieni jesteście przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga, nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił.”[Ef 2;8-9]

Zapragnąłem być taki jak on, nie chciałem już żyć tym życiem co żyłem, bo widziałem że on żyje i jest szczęśliwy z tego co ma i że nie martwi się jutrzejszym dniem, tym co będzie jadł, czy w co się ubierze. Jak mu czegoś brakowało to modlił się o to i otrzymywał to od Boga. Jest bowiem napisane
„Proście a będzie wam dane.”

Po powrocie pod celę pomodliłem się do Jezusa pierwszy raz z całego serca. Modląc się prawie płakałem, a modliłem się tymi słowami: Panie Jezu potrzebuję Cię, dziękuję że umarłeś za mnie na krzyżu. Przebacz mi i oczyść mnie. Ufam Ci jako Zbawcy i Panu. Uczyń mnie takim, jakim chcesz abym był w imię Jezusa Chrystusa Amen.
Gdy się obudziłem na drugi dzień wszystkie moje zmartwienia zniknęły, czułem się jakbym był umarły i ożył, byłem i jestem szczęśliwy z każdej rzeczy którą bym nie robił. Chociaż jestem jeszcze w kryminale, nie martwię się tym że tu jestem, że nie ma ze mną matki czy ojca. Jestem pewien że Bóg jest ze mną i to mi wystarcza i wierzę że za parę lat wyjdę i wreszcie ułożę sobie życie, bo jestem innym człowiekiem niż przedtem, albowiem jest napisane: „Zaprawdę powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł z śmierci do żywota.”[Jana 5,24]

Miłość moja niech będzie z wami wszystkimi w Chrystusie Jezusie.

Amen

Podziel się

Dodaj komentarz